Mieszkając na Podhalu, łatwo zapomnieć, że samemu też można być turystą. Zima to praca na pełnych obrotach, lato podobnie, a pomiędzy nimi zostają dwa okna, które branża nazywa martwym sezonem: listopad i przełom kwietnia i maja. Z perspektywy podróżnika to żaden martwy sezon – to najlepszy moment w roku, żeby wyjechać. Lotniska są spokojniejsze, ceny niższe, a kierunki całoroczne mają wtedy często swoją najlepszą pogodę.

Lotnisko za miedzą

Kraków Airport to dla Podhala naturalny punkt startu. Dojazd zakopianką zajmuje mniej więcej tyle, ile niejeden warszawiak spędza w drodze na własne lotnisko, a do wyboru jest zarówno własny samochód z parkingiem przy terminalu, jak i transfery zbiorowe. Siatka połączeń obejmuje europejskie miasta, wakacyjne czartery i przesiadki na kierunki dalekie – co oznacza, że zagraniczny urlop nie musi zaczynać się od nocnego przejazdu przez pół Polski.

Praktyczna różnica jest prosta: im bliżej lotniska mieszkasz, tym mniej urlopu zjada sama logistyka. Wylot poranny z Krakowa to dla mieszkańca Zakopanego wyjazd z domu o świcie, nie nocleg w hotelu lotniskowym dzień wcześniej. Powrót działa tak samo – po wylądowaniu jeszcze tego samego wieczoru można być z powrotem pod Giewontem.

Urlop poza sezonem to przewaga, nie kompromis

Kto pracuje w turystyce, gastronomii albo na stoku, ten wie, że lipiec i sierpień nie są do wyjeżdżania. Zamiast walczyć z kalendarzem, można go wykorzystać. Listopad i wiosna to na Podhalu czas na złapanie oddechu – i jednocześnie okres, w którym podróżowanie jest najtańsze i najspokojniejsze. Szkoły mają zajęcia, kurorty europejskie zwalniają tempo, a linie i biura podróży zabiegają o klienta.

Klucz to wybrać kierunek, który w tym czasie ma coś do zaoferowania. Basen Morza Śródziemnego bywa wtedy kapryśny, ale świat jest większy – i właśnie tu wchodzą kierunki całoroczne.

Kierunki, które nie znają martwego sezonu

Kiedy pod Tatrami kończy się jesień i wszyscy czekają na pierwszy śnieg, po drugiej stronie globu zaczyna się właśnie najprzyjemniejsza pora roku. Dobrym przykładem są wakacje w Tajlandii – listopad otwiera tam sezon suchy, więc urlop wzięty w podhalańskim „martwym” okresie trafia w najlepszy możliwy moment. Dla kogoś, kto na co dzień patrzy na granie Tatr, dwa tygodnie wśród wapiennych klifów i ciepłego morza to zmiana dekoracji totalna, a jednocześnie coś dziwnie znajomego: góralska gościnność ma w Azji Południowo-Wschodniej swój odpowiednik.

Krótszy lot, a podobny efekt odcięcia od codzienności, dają wakacje w Maroku. To kierunek, który działa niemal cały rok: wiosną i jesienią temperatury są łagodne, idealne na zwiedzanie medyn i wypady w Atlas – góry, które z perspektywy podhalańskiej wędrówki ogląda się zupełnie innym okiem. Dla narciarzy i snowboardzistów bonus poznawczy: Maroko ma własne ośrodki narciarskie, co przy rozmowie z lokalnymi przewodnikami potrafi otworzyć zaskakująco bliski wspólny język.

Oba kierunki łączy jedno: nie wymagają lipca ani sierpnia. Pasują do podhalańskiego kalendarza zamiast z nim walczyć.

Wyloty z Krakowa w praktyce

– Dojazd – zaplanuj bufor na zakopiankę, szczególnie w weekendy i święta; korek potrafi zjeść więcej czasu niż odprawa.

– Formuła wyjazdu – przy kierunkach egzotycznych pakiet z przelotem czarterowym upraszcza logistykę; przy europejskich miastach równie dobrze sprawdzi się samodzielna rezerwacja.

– Termin – celuj w posezonowe okna: listopad pod kierunki dalekie, kwiecień–maj pod Afrykę Północną i południe Europy.

– Dokumenty – sprawdź z wyprzedzeniem wymogi wjazdowe i ważność paszportu dla wybranego kraju; poza Unią zasady bywają różne.

Urlop mieszkańca Podhala nie musi wyglądać jak urlop reszty kraju – i to akurat działa na jego korzyść. Sezon się kiedyś kończy, a lotnisko czeka niecałe dwie godziny drogi stąd.

Artykuł powstał we współpracy z biurem podróży EXIM tours.